Karty pamięci

Ballada o Henrykach i jednym Dyziu

Kownaty, powiat Konin, 31 stycznia 1902 roku.
W domu Józefa i Michaliny Duszyńskich urodziło się trzecie dziecko – Dyonizy – to mój dziadzio. Józef, będąc urzędnikiem celnym, oddelegowany został do Taganrogu nad Morzem Azowskim, gdzie Dyzio wraz ze starszym rodzeństwem: Henrykiem i Teodorą spędzili młodość.

Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę Dyonizy ukończył Politechnikę we Lwowie, Henryk wydział prawa oraz architekturę a Teodora studia nauczycielskie w Wilnie. W 1934 roku dziadek przyjechał do miasta, które dawało Polakom wielkie nadzieje. Gdynia stawała się dla Polski „oknem na świat”. Pracował jako celnik w porcie.

Józef i Michalina Duszyńscy z dziećmi.
Od prawej: Henryk (Nik), Teodora i Dyonizy (mój dziadzio)

II Wojna Światowa zastała rodzinę Duszyńskich rozrzuconych po całym kraju. Józef, Michalina i Teodora mieszkali wtedy w Wilnie. Henryk zwany Nikiem założył rodzinę i cieszył się wraz z małżonką Eugenią rodzicielstwem w Stanisławowie. Mój dziadek właśnie ożenił się z Martą z domu Wiśniewską (ur. w Chełmnie) – młodszą o 12 lat stewardesą, zatrudnioną na statkach dalekomorskich.

Marta Duszyńska (z domu Wiśniewska). To jest fotografia, którą moja babcia przysłała dziadkowi do obozu Oflag. Pod zdjęciem do dzisiaj jest opłatek wigilijny z tamtych czasów
Podpułkownik Henryk Duszyński (odznaczony Krzyżem Walecznych)
w przeddzień wybuchu wojny

Kiedy w porcie odezwały się pierwsze syreny Dyonizy przystąpił do oddziałów Dowództwa Obrony Wybrzeża, gdzie jako oficer łącznikowy został raniony i pojmany po 19 dniach walki i wywieziony do obozu Oflag. Gdyby nie to, że sam zgłosił się do udziału w Kampanii Wrześniowej, najpewniej zostałby rozstrzelany w Lasach Piaśnickich, jak większość jego przyjaciół. Nie opisywałabym wtedy tej historii…
Dziadek mój przeżył wojnę, ocalała również moja babcia.
Była w zaawansowanej ciąży, kiedy wraz ze swoją mamą i młodszym rodzeństwem została wysiedlona z Gdyni na Podlasie, do Przesmyków.

Ta historia jest jednak nie o moim dziadku Dyziu i nie o muzyce, pieśniach, tradycjach czy posagu…

Zupełnie nie.

To historia o więzi rodzinnej, która przetrwała potworności wojny, niewiedzę, niepamięć.
To poniekąd historia rodziny mojego wujka Nika, starszego brata Dyonizego. Po ukończeniu architektury Nik sam zaprojektował swoją daczę w Jeremczu-Wodospadzie, gdzie dzieciństwo spędził jego syn Henio, zwany pieszczotliwie Nuką. Eugenia znała kilka języków i była tłumaczką. Gdy wybuchła wojna Nik miał stopień podporucznika, bo walczył w Legionach Piłsudskiego.

Dacza na Huculszczyźnie, Jaremcze-Wodospad

Na początku lat 40. Henryk zniknął. O Eugenii i dziesięcioletnim Heniu również ślad zaginął. Po wojnie głucho, cicho. Żadnego śladu po młodych Duszyńskich. Wysyłane przez mojego dziadka listy do Polskiego Czerwonego Krzyża pozostawały bez echa.
Dopiero po pięćdziesięciu latach Michaił Gorbaczow otworzył nam wszystkim oczy.
W 1990 roku na liście ofiar zbrodni katyńskich dokonanych przez NKWD odnalazł się oficer Henryk Duszyński. Niestety mój dziadek nie dożył wieści o swoim ukochanym bracie. Dyonizego nie ugięły obozy niemieckie, głód, okrucieństwa wojny, wszechobecna śmierć, komunizm, degradacja z naczelnika Urzędu Celnego na rozbieracza mięsa u rzeźnika…
Jednak w 1988 roku pokonała go rozpacz po stracie najukochańszej córki. Zupełnie zdrowy, 88-letni – zmarł z żalu… Mój dziadzio.

Ale historia dopiero się zaczyna…
W 2018 roku moja kuzynka Kasia Duszyńska znajduje w internecie wzmiankę o rodzinie Duszyńskich i wiadomość, że o ich losie można przeczytać w powieści Eugenii Huntingdon. Kupuje książkę na Allegro, czyta duszkiem. Dystrybuuje w rodzinie.
Czytamy wszyscy.
Zgadza się co do joty. Wilno, dacza budowana przez Hucułów, Stanisławów, wojna, Katyń…
Ale na tym się nie kończy! Eugenia z synem wywiezieni na Syberię. Jedzą korę z drzew, ogrzewają się plackami krowimi, co dzień czują na karku oddech śmierci. Przeżyli!

1946, Henio w Afryce z Korpusem Kadetów

Wraz z wojskami Andersa w 1944 roku przedostają się do Iranu, Indii. Nuka zostaje wcielony do Korpusu Kadetów i przeniesiony do szkoły w Palestynie. Ostatecznie spotyka się ze swoją matką w Londynie w 1948 roku. Eugenia jest korespondentką, dziennikarką, wychodzi ponownie za mąż. Syn dorasta i również układa sobie życie w Londynie. W latach 90. Eugenia postanawia napisać książkę, tłumaczy ją sama na język polski. W Polsce książka ukazuje się w bardzo małym nakładzie. A my docieramy do niej po niemal 20 latach, jak do butelki, która z listem rzucona niegdyś za burtę frachtowca cierpliwie czeka na odpowiedź.

Ostatnie zdania powieści Eugenii nie pozostawiają złudzeń – mam  kuzynki: Zofię i Wandę. Odnajduję je na facebooku. Okazuje się, że jedna jest prawnikiem, pracuje w urzędzie imigracyjnym, druga jest aktorką i nauczycielką dramatu. Nie odpowiadają.
Piszę niestrudzenie: raz, drugi, trzeci… Docieram do ich znajomych, opisuję tę nieprawdopodobną historię, ale nie wszyscy dają wiarę. Jedna z nich – Gosha, koleżanka Wandy – uwierzyła! Dała mi do niej maila. Napisałam więc do Wandy, wysłałam skany zdjęć naszych pradziadków, dziadków z dzieciństwa i cioci Teodory, jakże podobnej do Wandy.
To był marzec.

Po pierwszej telefonicznej rozmowie dziewczyny kupiły lot na weekend wielkanocny i przyjechały do Polski, do nas. Wszyscy byliśmy podnieceni, zdenerwowani, pełni oczekiwań i obaw. Nie da się tego opisać. Pierwsze spotkanie musiało być „ciekawe”. Mnóstwo pytań, historii niezrozumiałych, ale i tych znanych z przekazów mojego dziadka i ich babci i ojca. Zaczęło się wszystko sklejać. Spotkanie było bardzo intensywne, ale i magiczne.

Okazało się, że „mały Henio”… żyje!

Postanowiłam, że w maju odwiedzę go z moją rodziną.
Zastaliśmy go w bardzo dobrym nastroju. Był tuż przed 90-tką. Trudno mu było w to wszystko uwierzyć… Całe swoje życie był przekonany, że rodzina zginęła podczas wojny i że nie ma już nikogo w Polsce. Zdążył pokazać mi fotografię, na której bujał się na koniku na biegunach, którego dostał na swoje piąte urodziny od mojego dziadka a jego stryjka.
Chwile z nim spędzone będę nosić w sercu już zawsze.

1933. Henio (Nuka) na koniku na biegunach.
Dostał go na 4. urodziny od swojego stryja Dyzia (mojego dziadka)

Wujek Henryk Duszyński (brat stryjeczny mojej mamy) zmarł w Londynie w marcu 2020 roku.

Maj 2019 roku w Londynie.
Siedzimy z wujkiem-dziadkiem Henrykiem Duszyńskim i oglądamy album ze wspomnieniami

A kuzynki są wspaniałe. Od pamiętnej wiosny 2018 roku utrzymujemy stały kontakt. Telefony, maile, ale i wspólne wyprawy na Open’er Festiwal. Na etnograficzne wyprawy po pieśni z moją grupą śpiewaczą pojechała Wanda i śpiewała z nami nie tylko po polsku.

Nasza rodzina. Na górze od lewej: Wanda, ja (Olga Krasoń), moja córka Nina.
Na dole: Zofia, Henryk, moja młodsza córka Maja i mój mąż Bartek

W tym roku były wakacyjne plany wspólnej podróży w rodzinne strony. Gdyby nie sytuacja pandemiczna, wraz z naszymi rodzinami odwiedziłybyśmy cmentarz na Rosie w Wilnie. Choć nie ma tam nagrobków, to wiemy, że leżą tam nasi pradziadkowie Józef i Michalina Duszyńscy, którzy nie doczekali końca wojny.

Olga Krasoń

P.s. Nie lokuję tutaj produktów: Allegro i FB. O lepszej promocji niż ta zbudowana na najprawdziwszych ludzkich losach tym korporacjom nawet się nie śniło!

Zdjęcie na samej górze: 1937, Henryk i Eugenia z synkiem Nuką

Następna Post

Poprzednia Post

© 2022 Karty pamięci

Motyw WP: Anders Norén