Karty pamięci

No to tak ze sto lat będzie, jak się działo…

Moja babcia, Honorata, miała mamę, Helenę, a Helena miała siostrę, Mariannę. Helena i Marianna to z kolei córki Franciszki Baranówny, mojej praprababci.

Rodzeństwa była siódemka i, poza już wymienionymi dziewczętami, to jeszcze był Leonek, Regina, Weronika, Józia i Adela. Ich tatą był Jan Czarnata. Prapradziadek.

Prababcia Helena Dzięcioł, z domu Czarnata, żyła długo. Miała 4 córki, które dalej życie w świat przekazały. Dzięki temu (między innymi) też jestem teraz ja. I reszta dzieci Czarnatów dorosła, przestała być dziećmi i przekazała pałeczkę w sztafecie życia następnym pokoleniom. Ale to nie o nich tu będzie, ich opowieść w końcu nadal rozwija się i trwa.

Tylko jedno życie z tej siódemki skończyło się za wcześnie i za wcześnie powędrowało do Boga i do gwiazd.

Środkowa, Marianna.

Intryguje mnie ta Dziewczyna i pamięć o niej, która trwa, mimo, że gdy zmarła „panienką”, miała ledwie 18 lat. Chciałabym ją poznać. Podobno miała piękne warkocze aż do pośladków, które wiązała wstążkami, kiedy miała nieść chorągiew podczas procesji Bożego Ciała. I głos, którym śpiewała mojej Babci, na długo zanim ta została Babcią, a nawet Mamą.

Ale po kolei. Najpierw bucik.
Narysowany przez Marysię nad drzwiami stodoły. Czółenko na obcasiku, ślicznie obrysowane  kredą na deskach. Stodoła stała w Nadziei, gdzie aż do wojny toczyła się moja historia rodzinna. Tam dorastały dzieci Franciszki z domu Baranówny i Jana Czarnaty.
Chociaż stodoły już dawno nie ma, to ten obrazek wciąż jakoś trwa.

 Najpierw próbowały się z nim uporać deszcze, ale Marysia sama poprawiała zatarte kontury, smarowała kolorami i odnawiała swoje dzieło. Potem próbowała przeszkodzić Śmierć, kiedy przyszła po Marysię, ale i jej się nie udało zetrzeć bucika z pamięci, bo nie wiadomo kto dokładnie, ale ktoś wciąż uparcie latami poprawiał malunek, aż ten wmalował się głęboko. Głęboko w pamięć małej Honoratki, która ciocię Marysię pamiętała ledwie – ledwie, gdy ta nosiła ją po Izbie, zawiniętą w pieluszkę z lnu i śpiewała kołysanki. Dziecko szczerze zapamięta. Mimo, że wtedy, gdy wszyscy pracowali przy żniwach, babcia najpewniej bujała się w przenośnej kołysce stawianej nieopodal na rżysku, to ona przekazała mi tą historię.

Z pracy wracali wieczorem, kiedy po upalnym dniu przychodziła lekka rześkość. Zmęczeni, oblepieni kawałkami słomy i potem, roześmiani. Marianna miała właśnie te kobiece dni, kiedy ciało bardziej się męczy i trochę niewygodnie bywa we własnej skórze.
Po drodze z pola do domu – sama czy razem z siostrami? Nie wiem.
Poszła wykąpać się do strumienia, oczyścić się po dniu pracy, umyć przed niedzielą?
Może woda była za zimna, może ciało za gorące.  Kąpiel spowodowała, że okres się zatrzymał, a dziewczyna zachorowała na zapalenie płuc.

Chorowała długo. Całą jesień, aż do pierwszych śniegów. Wieczorami w izbie gromadziły się kobiety przędąc lniane nici, a Marysia leżała w łóżku. Jej ciało walczyło z chorobą.
Może by i wyzdrowiała, bo Franciszka nie tak łatwo godziła się z odejściem najmłodszej córki. Szykowała świniaka, tuczyła zwierzątko, żeby na targu jak najwięcej za nie dostać. Musiała kupić leki, opłacić lekarza. Uleczyć Mariankę.

Któregoś poranka jak zawsze poszła z paszą do świniaka, otworzyła drzwi obory i sięgnęła ręką do wiaderka. Ale świniak znikł… Zagroda stała pusta i tylko na śniegu odbite były głębokie ślady. Za śladem Franciszka szła przez zaspy, aż znalazła kałużę krwi pod stogiem i strzępki pociętego mięsa, resztki z ubitej świni, którą złodzieje w nocy wykradli. Nie musiała się zastanawiać kim byli. Wtedy w Nadziei każdy miał swoją rolę i każdy wiedział, kto jest kim. Ksiądz był księdzem, kowal był kowalem, nauczyciel nauczycielem, a złodziej był złodziejem. Miał imię i nazwisko. Dziś nam nie jest ono już potrzebne ale Franciszka próbowała jeszcze ratować córkę, podając na komendzie to nazwisko i imię… Na nic.
Tylko w drodze powrotnej z odległej dość komendy policji szydercze spojrzenie spod pewnych drzwi i rzucone przez zęby „Mateczko! To kiedy przyjdzie po nas policja?” zdradzało, że władza podjęła jakiekolwiek działanie w sprawie Franciszki Czarnaty.
Ona Wiedziała. Jej córka umrze, a złodziej będzie żyć. Będzie smarować smalcem chleb, a ten smalec to będzie życie Marysi. Powiedziała tylko: Niech wam to idzie na zdrowie.

Marianna też wiedziała. Już za długo trwała choroba, za ciężko powietrze wchodziło do płuc. Wiedział, że ten czas, który miała, to już wszystko. Chyba się z tym pogodziła, skoro do Matki powiedziała w ostatnich dniach przed śmiercią:

Jak ja umrę, to żebyście mnie butów nie nakładali na nogi. Do trumny obok połóżcie. Ja na ostatnie rozliczenie oko w oko z Bogiem na boso muszę.

Szykowała się na to spotkanie z Bogiem i może wybaczyła nawet złodziejom. Choć oni nie wybaczyli i ze złości o tą Policję powybijali jeszcze w domu Czarnatów wszystkie szyby i okna z ram. Jan z Franciszką, żeby ochronić się przed grudniowym zimnem zasłonili okna chodnikami, tkanymi na warsztacie. I ten obraz zapamiętała babcia – okno zasłonięte chodnikiem i wiatr, który wpada do Izby i łopoce kawałkiem tkaniny.

Dziecko szczerze zapamięta.

…A złodziejom nie poszło na zdrowie. Minęło jeszcze kilka lat i wybuchła wojna, a wtedy Wieś dokonała samosądu. Ktoś pamięta krew na ścianach chałupy, kto inny człowieka, wleczonego koniem po śniegu. A może to to samo dziecko zapamiętało.

Prawdę mówiąc, coś z tej historii mogło się zatrzeć, coś mogło się przesunąć w czasie. Tak to jest z pamięcią – to nie jest transmisja na żywo z przeszłości, tylko opowieść o emocjach i zdarzeniach. Jako taka jest prawdziwa, detale mogą się różnić w szczegółach ale to nie jest dla mnie tak ważne. W tej historii fascynuje mnie trwałość tego, co odeszło. Bo o ile potomkowie każdego z dzieci Czarnatów żyją i mogą do dziś przekazać opowieści o rodzicach i dziadkach, to życie tej młodej, wrażliwej pewnie na piękno dziewczyny, urwało się dość szybko. A jednak to o niej wiem stosunkowo więcej niż o Józi, Weronice, Adeli, Reginie i o Leonie. Prababcia Helenka – o niej jeszcze trochę wiem z opowieści Babci, naturalnie. To ona na przykład wzlatuje wyrzucona w niebo na rękach swoich dzieci i wnuków na fotografii zrobionej w dniu jej siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych urodzin… Ale to inna historia. Dałam jej zdjęcie, bo bardzo je lubię. I jeszcze zdjęcie Wielkiego wozu nad miejscem, gdzie stał dom, w którym wychowywały się dzieci Franciszki i Jana; i stała tam też stodoła z bucikiem. I taki szablon, który sobie kiedyś tam wycięłam. I zdjęcie Franciszki z jedną z córek, tylko nie wiadomo którą. Babcia mówi, że gdzieś było zdjęcie Marianny, ale nikt nie wie gdzie ono mogło się podziać. Nieostre skrawki, jak pamięć.

Aleksandra Karmelita

Następna Post

Poprzednia Post

© 2022 Karty pamięci

Motyw WP: Anders Norén